"Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci"
Matura i politolodzy.
Dr Marek Migalski w artykule "Jak pozbyć się SLD" ("Rz" z 19 lutego 2008 r.) stwierdził cyt.: "Dyskusje nad tym, jaka ordynacja jest dobra, są bezsensowne. Każda z nich ma swoje zalety i wady." Daruję sobie tę "bezsensowność", ale frapują mnie "zalety". I nie bez kozery, gdyż na maturze z WOS w 2006 r. padło wręcz pytanie (nr 15 za 2 punkty) - "wyjaśnij zalety ordynacji proporcjonalnej". Spróbuję więc skupić się na "zaletach" tejże, używanej aktualnie u nas w Polsce. Kto wie, może sprowokuję dr Marka Migalskiego by był łaskaw przybliżyć Polakom "wady" ordynacji proporcjonalnej. Warto przypomnieć, że współczesne demokracje stosują alternatywnie dwa typy ordynacji wyborczych: większościowe w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) albo właśnie proporcjonalne, do których zalicza się również ordynacje tzw. mieszane z uwagi na podobne polityczne skutki wyborcze. Aby lepiej uwypuklić "zalety" ordynacji proporcjonalnej, będę przedstawiał "wady" ordynacji większościowej, stosowanej w Wielkiej Brytanii.
Pierwszą, fundamentalna zaletą ordynacji proporcjonalnej jest czysto teoretyczna możliwość odzwierciedlenia poglądów społeczeństwa za pomocą wyborów. Wystarczy jednak, że choćby jeden poseł zmienił po wyborach przynależność partyjną i choćby jedna partia zrezygnowała z części swojego programu na rzecz kompromisu koalicyjnego, wówczas ten cel wyborów bierze w łeb. Brytyjczycy wybierający w ordynacji większościowej w jednomandatowych okręgach wyborczych, pozbawieni są tej, choćby i mitycznej, możliwości, odzwierciedlania poglądów, gdyż celem ich wyborów jest wyłonienie większości rządowej w parlamencie.
Drugą zaletą ordynacji proporcjonalnej jest koalicyjność rządzenia krajem, poprzedzana wielomiesięcznymi przepychankami politycznymi, aby uzyskać większość w Sejmie. Media mają permanentną pożywkę, lud może protestować i nie zasypia politycznie. W majestacie prawa politycy legalnie uprawiają polityczną korupcję w stylu - damy wam wicepremiera i podsekretarzy a wy w zamian głosy za ustawami. Nawet nie trzeba pod stołem ukrywać koperty. Ten stan ma nawet elegancka nazwę - umowa koalicyjna, której treści opinia publiczna nigdy jednak nie poznaje. Jest poufna jak traktat Ribentrop - Mołotow. Brytyjczycy tych stanów politycznych nie znają. Ich system wyborczy większościowy, sprawia, że wybory wygrywają albo laburzyści albo konserwatyści, którzy sami bez układów i układzików rządzą krajem nie mniejszym od Polski. Przed kolejnymi wyborami, ogłaszanymi tylko z miesięcznym wyprzedzeniem, wyborcy oceniają, czy są zadowoleni z rządów i swoje poparcie przedłużają, nawet wielokrotnie, jak np. torysom z Margaret Tatcher na czele, czy też dają szansę drugiej partii - niech się wykaże. To proste. Czy jest w tym jakiś hak?
Trzecia zaleta, to metodyczne "zwolnienie" wyborców ze znajomości kandydatów na posłów. Podczas wyborów przeżywamy ekscytujące chwile. Wybieramy nie znając. Ruletka - tu bór tu las. Chyba łatwiej trafić w trzy karty. No, bo jak można wyrobić sobie zdanie o kandydacie, jeżeli jest ich ponad 500 jak np. w Warszawie. Wyborca zgodnie z ordynacją wybiera wprawdzie19-tu posłów, ale może postawić skutecznie tylko jeden krzyżyk. To ewenement na skalę światową. Flegmatyczni Anglicy na pewno nam zazdroszczą, wybierając jednego, swojego reprezentanta do polityki, spośród zaledwie kilku kandydatów.
Czwartą zaletą jest wielopartyjna polityka będąca wynikiem ordynacji proporcjonalnej. Umożliwia ona powstawanie najprzeróżniejszych figur i konfiguracji. Wyborcy mają szersze spektrum do głosowania na partie, które potrafią w tej samej kadencji przestać istnieć lub, choćby zaraz po wyborach zmienić swój program w imię swoich partyjnych wyższych racji niż uczciwość wyborcza. Prostacka dwupartyjność tworzy się, zgodnie z socjologicznym prawem Duvergera, tylko i wyłącznie jako skutek wyborów typu brytyjskiego. Amerykanie czy Brytyjczycy mają praktycznie dwie partie do wyboru. Nie dosyć, że nuda, to jeszcze, jakie to niedemokratyczne.
Piąta zaleta, to możliwość dokładnego doboru ludzi do rządzenia, co trwa przez wiele tygodni a nawet miesięcy nim powstanie nowy rząd po wyborach. Można kibicować lub krytykować. A ile w tym tajemniczości i niespodzianek? Jaka ciekawa fluktuacja kadr na stanowiskach ministerialnych. W Polsce średnio licząc, co rok to prorok. W takiej Belgii w 1988 roku formowanie rządu trwało 148 dni a w Holandii w 1997 roku 208 dni (oba kraje stosują ordynację proporcjonalną). W Wielkiej Brytanii rząd powstaje w 24 godz. po wyborach, bo już wcześniej jest znany jako realny gabinet cieni. To zbyt sprawny sposób tworzenia rządu, aby mógł być zaletą.
Szóstą zaletą jest możliwość pojawiania się na rynku politycznym "wybitnych" postaci bez praktycznie żadnego poparcia wyborców. Tzw. lokomotywa wyborcza (osoba zdobywająca nieproporcjonalne poparcie) w proporcjonalnych wyborach, pociąga do Sejmu inne małe wagoniki. Najważniejsze, aby były BMW (Bierne, Mierne, ale Wierne). Niech przykładem będzie osoba Pawła Piskorskiego, który z 589 głosami poparcia (0,05 procent) mógł zaistnieć w polityce dzięki premierowi J.K. Bieleckiemu, uzyskującemu w 1991 dla KLD (Kongres Liberalno Demokratyczny) najwięcej w Polsce, bo 115 tys. głosów, czyli 9 % wyborców. W jednomandatowym okręgu wyborczym Wielkiej Brytanii bez poparcia rzędu 30 procent należy zapomnieć o karierze politycznej, a osiąganie wyniku powyżej 50 procent nie należy tam do rzadkości. Tony Blair musi najpierw wygrać w swoim okręgu wyborczym, aby utrzymać się w polityce. Przecież to niewątpliwa wada brytyjskiej ordynacji. Toż to skandal, żeby szef partii oraz inne jej VIP-y musiały osobiście zabiegać o przychylność wyborców? Dzięki technice przeliczeniowej ordynacji proporcjonalnej można zostać posłem prawie z automatu. Wystarczy dobre miejsce na liście wyborczej. I to jest to!
Siódmą zaletą wyborów proporcjonalnych jest nieproporcjonalna siła polityczna wodzów partyjnych. To od nich przecież zależy, kto dostąpi zaszczytu i zostanie umieszczony na liście wyborczej. W ordynacji proporcjonalnej obywatel, sam bez decyzji partii w wyborach praktycznie wystartować nie może. Niby bierne prawo wyborcze konstytucyjnie mu przysługuje, ale de facto go nie ma. Demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie, jakby to powiedziała babka Pawlaka z filmu "Sami swoi". W Wielkiej Brytanii jest odwrotnie. Po wpłaceniu kaucji 500 funtów (zwracanej po uzyskaniu minimum 5% poparcia) i przedstawieniu 10 podpisów, każdy obywatel ma prawo sprawdzić swoje szanse w wyborach. Są to często podpisy o dużym ładunku wyborczym, którymi można się pochwalić w kampanii. Gdyby było ich 5000 jak w polskiej ordynacji proporcjonalnej stałyby się praktycznie fikcją, ale nabrałyby za to innych wartości. Przy zbieraniu podpisów można wykazać się w partii aktywnością (patrz posłanka Beger), można też w dziecinnie prosty sposób podłożyć świnię konkurencji i jako wolontariusz, udając gorącego jej zwolennika, dostarczyć kompromitujące zestawy podpisów.
Ósmą zaletą jest łatwość wydawanie publicznych pieniędzy na mnożenie, w imię szczytnych idei, nowych instytucji, jak choćby CBA. W ordynacji większościowej zwalczanie korupcji w sposób naturalny "załatwia" mechanizm konkurencji o ten jeden mandat. Nikt skuteczniej niż konkurent do mandatu nie dostrzeże przekrętów rywala. To jednak zbyt proste i prymitywne. Tak prymitywne jak cała ordynacja większościowa z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, co autorytatywnie stwierdził konstytucjonalista prof. Stanisław Geberthner. Jak to możliwe, że kraje ją stosujące należą do najbogatszych na świecie, a demokracja tam nie upada, wręcz przeciwnie jest najbardziej rozwinięta? Sam się dziwię.
Można by zalety ordynacji proporcjonalnej wymieniać i mnożyć, ale myślę, że jeśli maturzysta 2006 r. wymienił choćby te, to na pewno uzyskał 2 punkty. Później, studiując na polskich studiach politologicznych dowie się jeszcze, że ordynacja wyborcza większościowa "deformuje" a ordynacja proporcjonalna "wspiera" wynik wyborów (!) To ważne, aby skorupka za młodu nasiąkała jedynie słusznymi poglądami. Następnie, jak zrobi doktorat z politologii u profesora Migalskiego na pewno będzie dalej krzewił nabytą wiedzę politologiczną, a z tytułem, to i niejedna poważna gazeta poprosi go później o opinię.
Mariusz Wis - niegdyś maturzysta, obecnie hobbysta badania systemów wyborczych, a do tego Prezes Fundacji im. J. Madisona Centrum Rozwoju Demokracji - JOW, www.madison.org.pl, radny dzielnicy Wola w Warszawie, przewodniczący zespołu programowego warszawskiej PO ds. jednomandatowych okręgów wyborczych, współzałożyciel Stowarzyszenia Normalne Państwo, członek Ruchu Obywatelskiego na Rzecz JOW

jow.pl
Producent programu do rozliczania PIT