"Nietrudno o więź wyborcy z wybrańcem"
Czytając artykuł Janusza A. Majcherka "Trudno o więź wyborcy z wybrańcem" (Rz. z 21.06.2004 r.) przypomniała mi się z czasów uniwersyteckich maksyma, którą usłyszałem od jednego z moich profesorów, przysłuchującego się namiętnej, pełnej pewników dyskusji studenckiej. Powiedział wtedy: ludzie dyskutują, gdy a) wiedzą na dany temat bardzo mało, lub b) bardzo dużo. W waszym przypadku, kochani moi studenci, wystarczy przeczytać podręcznik i dyskusja ustanie.
To niezmiernie ciekawe, że w najlepszej polskiej gazecie można publicznie wygłaszać poglądy, wzięte z sufitu, nigdzie w świecie niepotwierdzone, choć można je zweryfikować bez trudu. Ale po kolei. Znane jest w politologii pojęcie gerrymanderingu, czyli manipulowania granicami okręgów wyborczych, co autor sugeruje w swoim pierwszym akapicie jako wadę jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW). Oczywiście, zarzut ten jest zasadny o tyle, o ile takie wypadki mają miejsce. Nie ma to jednak wiele wspólnego z systemem wyborczym, gdyż konieczność zmiany granic, tak w przypadku okręgów jedno jak i wielomandatowych występuje. Tyle tylko, że w przypadku wielkich okręgów w odróżnieniu od małych, mało kto orientuje się, w jaki sposób wytyczane są granice i skąd bierze się liczba mandatów przypadająca na dany okręg. Tak, więc możliwości manipulacji w przypadku okręgów wielomandatowych są dużo większe niż jednomandatowych. Następnie, redaktor Majcherek, twierdzi, że "W systemie większościowym przeprowadzane jest bowiem misterne, lecz wyrachowane rozdzielanie przez partyjne kierownictwa personalnej reprezentacji do poszczególnych okręgów, uwzględniające żelazną zasadę desygnowania zasłużonych lub zaufanych członków aparatu�" Gdzie została nabyta ta wiedza?
W państwach o jednomandatowych systemach wyborczych np. w Japonii zgłoszenie kandydata do parlamentu powinno być podpisane przez jednego wyborcę, w Kanadzie przez dwóch, w Wielkiej Brytanii przez dziesięciu gdzie dodatkowo należy wpłacić kaucję 500 funtów, która jest zwracana tym, co uzyskają 5 procentowe poparcie, co eliminuje nadmiar "nawiedzonych". Skąd czerpane są informacje, o "zaufanych członkach aparatu"? Czyżby mieli legitymacje i płacili składki demokraty lub republikanina. Jak nazywa się pierwszy sekretarz, przewodniczący - jakkolwiek by tę funkcję nazwać - Partii Republikańskiej, czy Demokratycznej w USA. Jak wyglądają te "aparaty", sekretariaty, zarządy, prezydia, podstawowe organizacje partyjne, koła, plena, zjazdy, delegaci na zjazdy, biura polityczne w pionie i poziomie, które "uwzględniają żelazną zasadę". Bo ja o tym nie słyszałem, tak jak i o dyscyplinie partyjnej.
W swoim artykule redaktor Majcherek nie jest pewny, czy w systemie gdzie jest wybierany w okręgu tylko jeden, różne siły polityczne dogadają się przed wyborami w celu popierania najlepszego kandydata. Proszę się nie obawiać. Dogadają się, bo jeśli nie, to po prostu przegrają z konkurencją i tak długo będą przegrywać aż wreszcie wystawią odpowiedniego, zdolnego do wygrywania. Tak dzieje się w świecie prawdziwej demokracji, jednomandatowej, wystarczy popatrzeć. Świat partii powstałych w systemie jednomandatowym, to świat z innej demokracji, której my Polacy po prostu nie znamy. Natomiast zarzut, że Berlusconi jest beneficjentem ostatnich wyborów w Italii jest wręcz śmieszny. To tak jakby wytykać, Blairowi czy Buszowi, że przewodzą w swoich krajach. Tam jest demokracja wolnych wyborów. Tak chcą ludzie i to jest ich wolna wola bez manipulacji różnymi przelicznikami ordynacji proporcjonalnej, w której głosuje się na partię a ona bez udziału obywateli umieszcza jedynie słusznych kandydatów na swojej liście. Pojawienie się na arenie politycznej Hitlera jako konsekwencji wyborów partyjnych, podobnych do naszych, jest wyraźniejszym przykładem beneficjów systemu wyborczego, o którym warto pamiętać. W Wielkiej Brytanii dzieci na poziomie gimnazjalnym uczą się, że w systemie brytyjskim, jednomandatowym, żaden Hitler nigdy nie doszedłby do władzy.
Wracając do Włoch warto zauważyć, że od 10 lat, odkąd Włosi mają JOW istnieje dopiero 3 rząd. Skończyły się czasy ciągłych zmian przypisywanych kpiąco sezonowi kąpielowemu. A frekwencja wyborcza? W artykule czytamy "Polacy do wyborów chodzą niechętnie, wolą narzekać na polityków, niż na nich głosować, bez względu na ordynację". Hola, hola. "Bez względu na ordynację?" A skąd to Pan Jasnowidz wie? Czy możliwym jest, aby w niedalekiej przyszłości frekwencja wyborcza wynosiła u nas 80 proc., wzorem Włochów, którzy 13 maja 2001 r., stali karnie w kolejkach do urn wyborczych do 5-ej nad ranem (zorganizowano za mało punktów wyborczych), aby wybrać swojego reprezentanta? Oczywiście, że tak. Nie jesteśmy gorsi od Włochów. Potrzebne jest tylko spełnienie jednego niezbędnego warunku. Polacy muszą mieć świadomość, że wybierają najznakomitszych spośród znakomitych. Kandydaci nie mogą być anonimowi, jak to ma miejsce obecnie. Muszą być znani wyborcom, którzy sami, osobiście, będą chcieli ich wybrać dla swojego lepszego jutra. Najwyższą ich jakość wymusi pragmatyka wyborcza walki konkurencyjnej o jeden mandat wyborczy.
Następne obwinianie JOW przez redaktora Majcherka brzmi: " większość wyborców może nie mieć politycznego przedstawiciela�okręg jest reprezentowany przez kandydata mającego poparcie� nawet niewiele przekraczające 20 proc�" Panie redaktorze, toż to nie jest zarzut, to wielka zaleta JOW. Proszę znaleźć, choć jednego polskiego posła, który miałby takie poparcie. W ostatnich wyborach 2001 r. najwięcej głosów uzyskał Marek Borowski (149 233), co znaczy, że zaledwie 11 proc wyborców z okręgu oddało na niego głos. Ale w tym samym okręgu inny poseł, Bartłomiej Szrajber uzyskał ich tylko 736 tj. 0,05 proc. i też posiadł 1/460 siły decyzyjnej w Sejmie i ustanawia nam prawa.
Janusz A. Macherek kończy swój tekst przypuszczeniem "Być może musimy przejść przez system jednomandatowych okręgów wyborczych, aby i tego wariantu spróbować". I tu się całkowicie zgadzam z autorem. Powinniśmy i to jak najszybciej. W tym miejscu warto przytoczyć doświadczenia Francuzów. Otóż w 1958 r., siłą autorytetu De Gaula Francja wprowadziła JOW. Rządy ustabilizowały się a parlament stał się dostojny i przewidywalny. Po 28 latach w 1986 r. gdy socjaliści z Miterandem na czele osiągnęli przewagę w parlamencie, wpadli na pomysł, aby wrócić do ordynacji proporcjonalnej, bo to miało im dać jeszcze większą przewagę. Zmienili ordynację i rozpisali wybory. Okazało się natychmiast, że cała grupa miernot politycznych plus kilkudziesięciu lepenowców pojawiła się w parlamencie. Wywołało to szok, i jeszcze ten sam parlament, w tej samej kadencji powtórnie zmienił ordynację, by czym prędzej wrócić do jednomandatowej, którą Francja ma do dziś. Warto o tym pamiętać i wyciągnąć z pomyłki braci Francuzów wnioski.

jow.pl
Producent programu do rozliczania PIT