ABC JOW - Przymus przyzwoitości

"Przymus przyzwoitości"


W 1989 r., gdy Joanna Szczepkowska 4-go czerwca ogłosiła w TVP, że właśnie w Polsce skończył się komunizm, natychmiast, bez problemu, wiedzieliśmy co zmieniać. Lewica, prawica i inne polityczne odcienie zgodnie przystały na wizję Balcerowicza i zmieniły gospodarkę centralnie sterowaną na rynkową. Nikt przy zdrowych zmysłach nie miał wątpliwości, że zwykła konkurencja i niewidzialna ręka rynku zapełni puste haki w sklepie mięsnym. Było to proste, bo wszyscy na własnej skórze doświadczaliśmy namacalnie wyższości gospodarki rynkowej nad centralną. Nawet na studiach zdawaliśmy egzaminy z ekonomii kapitalizmu poznając ten system. Każde dziecko wiedziało, że w wyniku najzwyklejszej konkurencji tworzy się coś lepszego. A co z polityką?

Politykę zostawiliśmy centralnie sterowaną w rękach wąskich grup nazywanych partiami. Nie skorzystaliśmy z mechanizmu konkurencji, który wymusiłby pojawienie się "dobrego towaru" na jej półce. Nie zrobiliśmy tego, gdyż nie kojarzyliśmy związku przyczynowo - skutkowego pomiędzy sposobem wybierania przedstawicieli a przyzwoitością polityki. Pozwoliliśmy, aby stworzyła się demokracja partyjna a nie obywatelska. Nie daliśmy ludziom prawa do decydowania, kto ma ich reprezentować. Nie daliśmy szansy na mechanizm konkurencji w polityce. Zlikwidowaliśmy wprawdzie kierowniczą rolę jednej partii, ale zamieniliśmy ją nieznacznie, na kierowniczą rolę koalicji partyjnych. Fundament demokracji pozostał ten sam. Partie, partie uber alles. Zabrakło odwagi, bądź świadomości politycznej tworzących III Rzeczpospolitą na ustanowienie demokracji w myśl najprostszej jej definicji, że jest to forma ustroju państwa, w której uznaje się wolę większości jako źródło władzy. Bez zmian, jak za czasów PRL-u, partie (wprawdzie już nie jedna) decydują o tym, kto reprezentuje lud w Sejmie. Realny wpływ wyborcy pozostał na dawnym poziomie. Obywatele doskonale czują, że ich osobisty wpływ na rezultat w wyborów jest żaden, nie mają nawet poczucia złudzenia, że ich osobisty udział może spowodować wybranie tego lub innego posła. O biernym prawie wyborczym nawet szkoda gadać, gdyż skutecznie zostało zabrane obywatelom na rzecz partii, mimo że zapisano je w Konstytucji. Polacy żyją w dyskomforcie, obserwowanej na każdym kroku, nieprzyzwoitości politycznej. Nie widzą dróg zmiany tego stanu, nie wyobrażają sobie mechanizmów, które uczyniłyby w tej publicznej sferze uczciwość, jako zasadę. Pokutuje stereotyp, że polityka jest brudna i nic na to nie poradzimy. Tylko strzelić sobie w łeb, emigrować lub przystosować się, żyjąc z poczuciem codziennego obrzydzenia do samego siebie. Dla patrioty, Polaka pozostaje jednak ciągle aktualne pytanie: jak wyjść z tej zapaści? Pierwszym krokiem, aby móc skutecznie leczyć chorobę powinna być dobra diagnoza. Następnym, poszukanie przyczyny choroby i usunięcie jej. Czy można ten stan degrengolady i chocholego tańca polityki skutecznie odwrócić i powołać demokrację bez przymiotnika "partyjna"?

Oczywiście, tak, ale to zależy, czy obywatelom uda się przycisnąć Sejm, aby ustanowił jednomandatowy system wyborczy, który jak gospodarka rynkowa, wymusza wyższą jakość deputowanych. Powstały w tym systemie wyborczym Sejm przestanie nam uwłaczać samym swoim istnieniem. Stanie się obiektem dumy i satysfakcji, gdyż wyłonieni posłowie w prostym procesie konkurencji o ten jeden mandat, będą stanowili grupę najznakomitszych spośród znakomitych. Profesor Piotr Wieczorek w artykule "Konstytucja ponad podziałami" ("Rzeczpospolita" z 9.06.2005 r.) napisał, cyt. "Nie mogę uwierzyć, że prawo i sprawiedliwość w Polsce osiągniemy na przykład przez ustanowienie jednomandatowych okręgów wyborczych." Panie profesorze, to nie jest kwestia wiary, tylko skutków pragmatyki wyborczej systemu jednomandatowego. Wystarczy przyjrzeć się bliżej tym krajom, które go mają ( Wielka Brytania, USA, Francja, Kanada i wiele innych największych i najstarszych demokracji). Mechanizm jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) żąda przyzwoitości politycznej. Uczciwość jest wymuszana systemowo. Ona się po prostu opłaca, bo tylko pozytywne wartości kandydata skutkują wygraną w takich jednomandatowych wyborach. Same zaklęcia typu: musimy wybierać ludzi uczciwych, mądrych, bezinteresownych etc. tego nie uczynią. To pobożne życzenia. Automatycznie na pierwszym miejscu w jednomandatowym świecie polityki jest człowiek, a dopiero później, za nim, partia. To człowiek podnosi rękę w parlamencie w imieniu swoich wyborców. Partie w takiej demokracji są wspólnotą idei a nie hierarchią zależności, przez co są stabilne i przewidywalne (w USA dwie główne partie istnieją od czasów naszego Powstania Styczniowego). To inna filozofia myślenia. Inna filozofia rządzenia. To po prostu demokracja - wola większości. Może to jest klucz do politycznej przyzwoitości.?


Warszawa 20.06.2005 r.